Jak wyglądało życie w nadmorskich pensjonatach 100 lat temu? Zdjęcia, anegdoty i dawne zasady etykiety

0
52
Rate this post

Nawigacja:

Wakacje nad morzem sprzed wieku: kto i po co jechał do pensjonatu

Kurorty nadmorskie jako modne uzdrowiska

Sto lat temu nadmorski pensjonat nie był jedynie miejscem noclegu. Dla wielu gości symbolizował status społeczny, zdrowy tryb życia i nowoczesność. Wyjazd „do wód” i „nad morze” traktowano jako formę terapii. Lekarze zalecali kąpiele morskie, spacery po plaży oraz wdychanie jodowanego powietrza przy schorzeniach płuc, nerwicy czy anemii. Pobyt w nadmorskich pensjonatach łączył więc wypoczynek, leczenie i towarzyskie życie w jednym.

Kurorty rozwijały się szczególnie intensywnie na przełomie XIX i XX wieku. W Polsce – wówczas pod zaborami, a później w odrodzonej II Rzeczypospolitej – znaczenie zdobywały przede wszystkim miejscowości w rejonie dzisiejszego Trójmiasta i Półwyspu Helskiego, ale także mniejsze miasteczka i wioski rybackie z nowo powstającymi pensjonatami. Zamożniejsi mieszczanie i ziemianie zaczęli traktować lato nad morzem jako stały element kalendarza: raz w roku wyjazd na minimum kilka tygodni.

Wokół pensjonatów narastał charakterystyczny styl życia: powtarzalny rytm dnia, rytuały posiłków, niepisane zasady etykiety na plaży i w salonie towarzyskim. Życie kurortu miało własne tempo i reguły, które dla współczesnego turysty często wydają się jednocześnie sztywne i uroczo teatralne.

Kto mieszkał w nadmorskich pensjonatach 100 lat temu

W nadmorskich pensjonatach sprzed wieku przeważali goście z klasy średniej i wyższej. Pobyt nad morzem był kosztowny, wymagał długiej podróży i zapasu czasu wolnego. Najczęściej można było spotkać:

  • zamożnych mieszczan – lekarzy, prawników, urzędników wyższego szczebla, właścicieli sklepów i fabryk, którzy przywozili całe rodziny;
  • ziemian i arystokratów – dla nich pensjonat nad morzem stanowił alternatywę dla pobytu w własnych majątkach lub sanatoriach;
  • inteligencję – pisarzy, nauczycieli, wykładowców, dziennikarzy, często korzystających z tańszych pokoi lub krótszych pobytów;
  • osoby leczone „na nerwy” i płuca – zwłaszcza kobiety i nastolatków, którym lekarze zalecali przewietrzenie organizmu.

Robotnicy czy chłopi niemal się nie pojawiali – ich wakacje to był co najwyżej jednodniowy wypad nad wodę w okolicy miejsca zamieszkania. Natomiast pensjonat nad morzem był środowiskiem wyraźnie elitarnym, z własnym żargonem, modą i oczekiwanym zachowaniem.

Dlaczego wybierano właśnie pensjonaty

W przeciwieństwie do wielkich hoteli z orkiestrą i kasynem, nadmorskie pensjonaty 100 lat temu oferowały bardziej kameralną, rodzinną atmosferę. Ich główne zalety, często wymieniane w dawnych ogłoszeniach prasowych, to:

  • „Domowa kuchnia” – posiłki przygotowywane z lokalnych produktów, zbliżone do tych z dobrego mieszczańskiego domu;
  • stałe towarzystwo – powtarzalne grono gości, z którymi mieliśmy szansę zaprzyjaźnić się na cały sezon;
  • spokojniejsza atmosfera – mniej hałasu, hazardu i nocnych rozrywek niż w wielkich hotelach kurortowych;
  • możliwość dłuższego pobytu – wynajem na kilka tygodni lub całe lato, niekiedy z rabatem sezonowym.

Rodziny lubiły pensjonaty także z jednego, bardzo praktycznego powodu: dzieci. Właściciele zwykle akceptowali obecność maluchów, były ogródki, werandy, czasem huśtawki. W hotelach wyższej klasy panowała większa surowość wobec hałasu i wybryków najmłodszych.

Architektura, pokoje i wyposażenie nadmorskich pensjonatów

Jak wyglądał typowy budynek pensjonatu nad morzem

Sto lat temu nadmorskie pensjonaty powstawały najczęściej jako wille lub większe domy, przystosowane do przyjmowania gości. Dominowały dwa style: drewniane pensjonaty w charakterze „szwajcarskim” lub „nadmorskim” oraz murowane wille z elementami secesji czy neoklasycyzmu. W wielu kurortach do dziś można dostrzec ich ślady.

Charakterystyczne cechy takich budynków to:

  • werandy i tarasy – oszklone lub zadaszone, służące do spożywania kawy, czytania gazet i obserwowania ulicy lub morza;
  • duże okna – miały wpuszczać jak najwięcej światła i „zdrowego powietrza morskiego”;
  • ornamenty z motywami marynistycznymi – fale, kotwice, muszle, czasem niewielkie wieżyczki przypominające mostek kapitański;
  • ogród lub dziedziniec – z ławkami, altaną, rabatami kwiatowymi, często z piaskownicą lub miejscem zabaw dla dzieci.

Pensjonaty w małych miejscowościach nierzadko powstawały z rozbudowy dawnego domu rybackiego. Takie budynki bywały skromniejsze, za to bardzo blisko plaży. Ważne było położenie: „kilka minut od morza” i „z dala od hałaśliwych ulic” – tak reklamowano się w ówczesnej prasie.

Wyposażenie pokoi: od luksusu do surowej prostoty

Pokoje w nadmorskich pensjonatach 100 lat temu miały zaskakująco zróżnicowany standard. W jednym obiekcie można było znaleźć zarówno okazałe apartamenty, jak i bardzo proste izby na poddaszu. Różnica polegała na liczbie okien, rodzaju mebli, prywatnym dostępie do łazienki i położeniu względem morza.

Typowe elementy wyposażenia pokoju pensjonatowego sprzed wieku:

  • łóżko lub dwa łóżka z materacem sprężynowym lub wypchanym końskim włosiem, zwykle z wysokim wezgłowiem;
  • szafa lub duża komoda na garderobę, czasem wieszaki ścienne na płaszcze;
  • stolik i dwa krzesła – do pisania listów, czytania czy gry w karty;
  • umywalka w pokoju z dzbanem i miską na wodę, lusterkiem i ręcznikiem, szczególnie gdy łazienki były wspólne na korytarzu;
  • kołdra lub gruby koc, choć nad morzem latem częściej używano lekkiej pościeli i narzut;
  • dywaniki przy łóżku, nie zawsze w tańszych pokojach poddaszowych.

O luksusie decydowały detale: ilość światła dziennego, widok na morze, prywatna łazienka (wciąż rzadkość), a także obecność wygodnego fotela czy kanapy. Goście zwracali uwagę na zapach w pokoju, świeżość pościeli i jakość firanek. W listach i wspomnieniach często pojawiają się opisy „przewiewnych, jasnych pokoi z widokiem na zatokę” – to była wizytówka dobrze prowadzonego pensjonatu.

Łazienki, toalety i codzienna higiena

Sto lat temu łazienka w każdym pokoju była luksusem zarezerwowanym raczej dla hoteli wyższej klasy. W pensjonatach nadmorskich dominowały wspólne łazienki i toalety na korytarzu. Często na jednym piętrze przypadała jedna łazienka z wanną lub prysznicem i jedna toaleta, czasem dwie – osobno dla pań i panów.

Kąpiele morskie traktowano jako część higieny i terapii, więc niektórzy goście rzadziej korzystali z wanny. Jednocześnie dbano o rytuały czystości:

  • poranna toaleta przy umywalce w pokoju – mycie twarzy, rąk, szyi, czasem nóg po wieczornym spacerze po piasku;
  • regularna wymiana ręczników i pościeli – w lepszych pensjonatach nawet raz w tygodniu, w tańszych rzadziej;
  • kąpiele w wannie na zapis – trzeba było wpisać się na listę godzin, by uniknąć kolejek;
  • używanie własnych przyborów – mydła, szczotek, grzebieni, przyborów do golenia, przechowywanych w specjalnych kosmetyczkach.

Wieczorem łazienki bywały zatłoczone, zwłaszcza w deszczowe dni, gdy goście rezygnowali z plaży. W niektórych pensjonatach obowiązywał cichy regulamin: po 22:00 nie korzysta się już z wanny, by nie zakłócać spokoju innym. W sezonie bywało, że umówiona kąpiel przesuwała się w czasie, a w salonie wybuchały z tego powodu drobne towarzyskie spory.

Inne wpisy na ten temat:  Sztuka uliczna w nadmorskich miastach – murale z duszą
Mewy nad spokojnym morzem o zachodzie słońca
Źródło: Pexels | Autor: Urte Baranauskaite

Rytm dnia w nadmorskim pensjonacie sprzed wieku

Poranki: gimnastyka, spacery i „wody”

Dzień w nadmorskim pensjonacie sprzed 100 lat miał ściśle określony rytm. Poranek był zarezerwowany na to, co lekarze uznawali za najzdrowsze: świeże powietrze i ruch. Wielu gości wstawało wcześnie, zwłaszcza jeśli chciano zdążyć na poranną kąpiel w morzu przed śniadaniem.

Najczęstsze poranne aktywności:

  • spacer „po rosie” – krótki, dynamiczny marsz brzegiem morza, czasem boso po wilgotnym piasku;
  • prosta gimnastyka – skłony, wymachy ramion, głębokie oddechy, często zgodnie z zaleceniami lekarza lub instrukcji drukowanej w poradnikach;
  • szklaneczka „wód” – w kurortach, które łączyły funkcję nadmorską i zdrojową, pito wody mineralne; w innych po prostu poranną kawę lub herbatę na werandzie.

Poranki były też czasem na korzystanie z ciszy. W salonach panowała jeszcze pustka, na tarasach pojawiali się jedynie najwcześniejsi goście z książką lub gazetą. Osoby starsze preferowały kontrolowane spacery, młodsi chętniej zanurzali się w morzu, często w towarzystwie „kąpielowego” – osoby pilnującej bezpieczeństwa na plaży.

Posiłki: śniadanie, obiad i kolacja jako codzienny rytuał

Sto lat temu życie pensjonatowe kręciło się wokół wspólnych posiłków. To one nadawały strukturę dniu i sprzyjały towarzyskim kontaktom. W wielu ogłoszeniach pensjonaty zachwalały się jako oferujące „pełne wyżywienie” – co oznaczało przynajmniej trzy posiłki dziennie.

Typowy rytm posiłków wyglądał tak:

Pora dniaPosiłekGodzina (orientacyjnie)Charakter posiłku
PoranekŚniadanie8:00–9:30Lekkie, na ciepło lub zimno, wspólne stoły
PołudnieObiad13:00–14:30Najważniejszy posiłek dnia, zupa + danie główne
WieczórKolacja19:00–20:30Syta, ale elegancka, często z deserem

Niektóre pensjonaty wprowadzały także podwieczorek: herbatę lub kawę z ciastem około godziny 16:00–17:00, często serwowaną na tarasie lub w ogrodzie. Był to dobry moment na wymianę plotek i wrażeń z dnia, a także na spokojne czytanie prasy.

Goście, którzy spóźniali się na posiłki, ryzykowali nie tylko chłodne spojrzenia współbiesiadników, ale także realne konsekwencje: kuchnia nie zawsze trzymała porcje w nieskończoność. Dobre maniery nakazywały pojewnienie się przy stole punktualnie. Opóźnienia usprawiedliwiał jedynie wyjątkowo burzliwy sztorm lub wyjazd na wycieczkę.

Popołudnia i wieczory: plaża, salon i życie towarzyskie

Po obiedzie następowała pora leniwie aktywnego popołudnia. Część gości wybierała drzemkę w pokoju lub na leżaku w ogrodzie, inni wyruszali na plażę. W upalne dni plaża stawała się przedłużeniem salonu pensjonatu: wszyscy znali się z widzenia, rozpoznawano parasole, kosze plażowe i stroje kąpielowe.

Na plaży typowe zajęcia to:

  • kąpiele w morzu – w ściśle określonych porach, rozdzielone często na strefy damską i męską;
  • spacery „po falach” – przechadzki brzegiem w lekkich butach lub boso, w długich sukniach lub garniturach bez marynarki;
  • Zabawy, muzyka i małe skandale obyczajowe

    Życie towarzyskie w pensjonatach nadmorskich nie kończyło się na plaży. Wieczorem przenosiło się do salonu, na werandę lub do ogrodu. W większych obiektach znajdował się fortepian lub pianino, czasem gramofon, a posiadanie jednego i drugiego uchodziło za przejaw szczególnej dbałości o gości.

    Najczęstsze wieczorne atrakcje towarzyskie obejmowały:

    • muzykowanie „domowe” – gość, który umiał grać, proszony był o „mały koncert”; śpiewano pieśni patriotyczne, romanse, a także modne szlagiery kabaretowe;
    • wieczory z grami – preferans, whist, domino, szachy i warcaby; w kącie salonu stawiano stolik „cichszy” dla panów grających w szachy;
    • tańce – w piątki lub soboty organizowano skromne potańcówki, niekiedy płatne wstępem; grano walce, polki, fokstroty.

    Granica między grzeczną rozrywką a „zbyt swobodnym zachowaniem” bywała cienka. Para tańcząca zbyt blisko mogła zostać skarcona surowym spojrzeniem starszej ciotki z fotela przy oknie. Pojawienie się nowoczesnych tańców, jak tango, wywoływało żywe dyskusje, a czasem zapisywano w regulaminie, że „tańców zbyt gwałtownych w salonie się nie praktykuje”.

    Nocne przesiadywanie na ławkach w ogrodzie sprzyjało też drobnym skandalikom. W listach z epoki powtarza się motyw „spóźnionego powrotu z altany”, który następnego dnia staje się tematem szeptanych komentarzy przy kawie. Pensjonat był małym światem: nic nie umykało uwadze współmieszkańców.

    Dzieci w pensjonacie: hałas kontrolowany

    Rodziny z dziećmi stanowiły znaczną część letników, ale nie każdy pensjonat chętnie je przyjmował. W ogłoszeniach pojawiały się adnotacje: „przyjmujemy rodziny z dziećmi” albo przeciwnie – „spokojny dom dla osób dorosłych i rekonwalescentów”. Jeśli dzieci już były, starano się zapanować nad ich żywiołowością.

    Stosowano kilka prostych zasad wychowawczo-organizacyjnych:

    • wyznaczone godziny ciszy – po obiedzie i po 22:00; dzieci miały bawić się na zewnątrz lub w wyznaczonym pokoju zabaw, a nie w korytarzach;
    • oddzielne stoliki przy posiłkach – maluchy jadły wcześniej lub przy osobnym końcu stołu, pod okiem guwernantki lub matki;
    • organizowane zabawy na plaży – budowanie zamków z piasku, zawody w rzucaniu kamyków do wody, proste gry ruchowe, którymi opiekowała się starsza młodzież lub wynajęta „panna do dzieci”.

    Zachowały się wspomnienia o dzieciach biegających po korytarzach w mokrych kostiumach kąpielowych, zostawiających ślady na drewnianych podłogach. Były źródłem uśmiechu i irytacji zarazem. Gospodyni, starając się zachować równowagę między gośćmi spragnionymi spokoju a rodzinami, potrafiła dyskretnie zasugerować: „Może panienki pobawą się jednak w ogrodzie, nie w salonie”.

    Niewidoczni bohaterowie: obsługa i codzienna praca pensjonatu

    Gospodyni, służące i „chłopcy od wszystkiego”

    Nadmorski pensjonat sprzed wieku nie funkcjonowałby bez armii ludzi, których goście widzieli tylko przelotnie. Centralną postacią była gospodyni – właścicielka lub zarządczyni domu. To ona układała menu, przydzielała pokoje, negocjowała ceny, a czasem rozstrzygała spory między gośćmi.

    Pod jej komendą pracowali:

    • służące pokojowe – odpowiedzialne za ścielenie łóżek, wynoszenie nocników, zamiatanie i mycie podłóg, roznoszenie ciepłej wody do mycia;
    • kucharki i pomoce kuchenne – przygotowywały dziesiątki porcji zupy, ryb i deserów; w sezonie ich dzień zaczynał się o świcie;
    • „chłopcy do posług” – nosili bagaże, dostarczali pocztę, biegali po zakupy na targ, rozstawiali leżaki na plaży;
    • ogrodnik lub dozorca – dbał o ogród, naprawiał drobne usterki, sprzątał obejście po sztormach.

    Gość widział zwykle uprzejmy uśmiech przy podawaniu talerza czy grzeczne „czy życzy pan sobie jeszcze herbaty?”. Za kulisami panował pośpiech, upał i ciężka praca od świtu do późnego wieczora. W sezonie zatrudniano dodatkowo dziewczęta z okolicznych wsi – pracowały krótko, intensywnie, w zamian za pensję i wyżywienie.

    Kuchnia od środka: zakupy, magazyny i walka z upałem

    Sto lat temu lodówki elektryczne w pensjonatach należały do rzadkości. Chłodzono w piwnicach, używano lodu z lodowni lub bliskości studni. Gospodyni musiała tak planować zakupy i menu, by produkty szybko się nie psuły, a jednocześnie by goście mieli poczucie obfitości i świeżości.

    Zakupy wyglądały następująco:

    • rano świeże ryby prosto od rybaków – śledzie, flądry, dorsze; to, co danego dnia złowiono, trafiało na obiad lub kolację;
    • warzywa i owoce z targu – głównie sezonowe: ziemniaki, marchew, kapusta, jabłka, porzeczki; egzotyczne owoce pojawiały się rzadko;
    • nabiał z pobliskich gospodarstw – mleko, śmietana, masło, sery twarogowe.

    W upalne dni kuchnia zamieniała się w piekarnik. Ugotowanie zupy dla kilkudziesięciu osób na węglowej kuchni wymagało nie tylko siły, ale i logistyki – trzeba było pilnować kolejności dań, by nie serwować niczego chłodnego, co miało być gorące. Desery mleczne podawano szybciej, by uniknąć zepsucia, a mięso doprawiano mocniej solą, co pomagało w przechowywaniu.

    Pranie, sprzątanie i walka z piaskiem

    Morze oznaczało świeże powietrze, ale też wszechobecny piasek i wilgoć. Sprzątanie pensjonatu było praktycznie niekończącą się czynnością. Służące kilkakrotnie dziennie przechodziły korytarzami z miotłami i odkurzały schody, a mimo to piasek skrzypiał pod butami.

    Pranie bielizny pościelowej i ręczników organizowano raz, maksymalnie dwa razy w tygodniu. Używano dużych balii, tarki i gotowania w kotłach. Na podwórzu lub w ogrodzie stały sznury do suszenia, a widok ścian bieli falujących na wietrze był zupełnie zwyczajny. Goście proszący o dodatkową natychmiastową wymianę pościeli bywali tolerowani, ale gospodarze mieli swoje granice – zasoby wody, czasu i rąk do pracy nie były nieograniczone.

    Wieczorem wykonywano obchód: zamykano okna w korytarzach na wypadek nocnego deszczu, sprawdzano, czy w salonie nie pozostawiono niedogaszonego papierosa, a w ogrodzie nie leżą porzucone koce czy poduszki z leżaków. Pensjonat kładł się spać później niż jego goście.

    Kąpiele morskie, stroje i plażowa etykieta

    Jak się kąpano: kabiny, kosze i strażnicy moralności

    Kąpiel w morzu sto lat temu miała w sobie coś z rytuału, a nawet nabożeństwa. Nie biegano spontanicznie do wody w byle czym. W wielu kurortach utrzymywano oddzielne strefy plaży dla kobiet i mężczyzn, a nawet różne godziny kąpieli.

    Na brzegu stały charakterystyczne elementy:

    • kosze plażowe – wysokie, z regulowanym daszkiem, zapewniające prywatność i osłonę przed wiatrem;
    • kabiny kąpielowe – drewniane budki do przebierania się, czasem na kołach, które można było podciągnąć bliżej wody;
    • parawany z płótna

    Dyżurowali tam „kąpielowi” – osoby pilnujące bezpieczeństwa, ale też etykiety. Zdarzało się, że zwracali uwagę gościom zanadto eksponującym ciało lub zachowującym się zbyt głośno. Plaża miała być miejscem wypoczynku, nie jarmarkiem.

    Stroje kąpielowe: skromność na pierwszym miejscu

    Damskie stroje kąpielowe składały się zazwyczaj z dwuczęściowego zestawu: tuniki z krótkimi rękawkami i szerokich spodenek do kolan, często w ciemnych kolorach, by po zmoczeniu nie prześwitywały. Do tego zakładano pończochy i specjalne miękkie buty do wody, a na głowie – czepek lub chustkę.

    Panowie jeszcze na początku XX wieku kąpali się w trykotowych kombinezonach do kolan, z krótkim rękawem. Z czasem stroje stawały się krótsze i bardziej dopasowane, co budziło emocje wśród konserwatywnie nastawionych gości. Zdarzało się, że gospodyni pensjonatu proszona była o „wpłynięcie” na panów, którzy zbyt śmiało eksponowali tors na plaży „rodzinnej”.

    Fotografie z epoki pokazują całe rodziny w uporządkowanych, niemal jednolitych kolorystycznie kostiumach, ustawione rzędem pod koszami plażowymi. Uśmiechy bywają lekkie, ale postawy sztywne – aparat wciąż był wydarzeniem, wymagał odpowiedniego zachowania.

    Zasady zachowania na plaży

    Na plaży obowiązywały ciche, ale realne reguły. Nie rozkładano się tuż przed czyimś koszem ani nie podsłuchiwano rozmów. Uznawano, że każda rodzina ma swój krąg piasku, którego nie powinno się bez potrzeby przekraczać.

    Kilkanaście niepisanych zasad powtarza się w relacjach letników:

    • nie biega się w mokrym stroju po piasku, obsypując innych;
    • nie pluska się ostentacyjnie w strefie przeznaczonej dla spokojnej kąpieli dzieci i osób starszych;
    • nie gapi się demonstracyjnie na kąpiących – nawet jeśli strój wydaje się „zbyt śmiały”;
    • nie fotografuje się obcych bez zgody, zwłaszcza dam w kostiumach.

    Zdarzały się oczywiście naruszenia. Wystarczyło kilku młodych mężczyzn rzucających się wzajemnie do wody, by powstała drobna burza moralna. Niejeden pensjonatowy wieczór spędzano na dyskusjach, „czy w ogóle wypada damie kąpać się o tej samej porze co panowie”.

    Uschnięty kwiat na plaży w ponurym świetle, symbol przemijania nad morzem
    Źródło: Pexels | Autor: Alan Cabello

    Dawne zasady etykiety: jak wypadało się zachować

    Ubiór przy stole i w salonie

    Etykieta w pensjonatach miała złagodzić poczucie tymczasowości. Gość przebywał z obcymi ludźmi w jednym domu przez kilka tygodni, więc starano się stworzyć jasne ramy zachowania. Dotyczyło to przede wszystkim stroju.

    Przyjęte normy były dość jasne:

    • na śniadanie dopuszczano strój nieco swobodniejszy, ale wciąż schludny; panie wkładały lekkie suknie dzienne, panowie garnitury bez kamizelki lub marynarki letnie;
    • na obiad zakładano bardziej eleganckie ubrania – krawat u panów był mile widziany, podobnie jak kapelusz zdejmowany dopiero w przedsionku;
    • na kolację, zwłaszcza w niedziele, panie pojawiały się w sukniach wizytowych lub ich skromniejszych wersjach, panowie w ciemniejszych garniturach.

    Stroje plażowe nie mogły przechodzić bezpośrednio do salonu. Uważano za niestosowne pokazanie się przy stole w zbyt luźnej koszuli, z rozpiętym kołnierzykiem lub z piaskiem na butach. Na ścianach korytarzy wieszano ogłoszenia proszące o „niewchodzenie do jadalni w stroju kąpielowym lub plażowym” – co oznaczało także zwiewne szlafroki, które uznawano za nie dość „uliczne”.

    Formy grzeczności: jak się do siebie zwracano

    Wspólne stoły łączyły, ale też wymagały taktu. Nie zwracano się do nieznajomych po imieniu, chyba że po wielu dniach zawarto bliższą znajomość. Dominowały formy: „proszę pani”, „proszę pana”, „łaskawa pani”. Osoby tytułowane (doktorzy, inżynierowie, profesorowie) cieszyły się szczególnymi względami – gospodyni chętnie eksponowała ich obecność, traktując jako wyróżnienie dla domu.

    Przy stole obowiązywało kilka prostych reguł:

    • nie porusza się tematów zbyt konfliktowych – polityka, ostre spory religijne były źle widziane;
    • Rozrywki towarzyskie przy wspólnym stole

      Posiłki w pensjonacie rzadko kończyły się na samym jedzeniu. Gospodyni, jeśli miała choć odrobinę ambicji, dbała, by jadalnia i salon żyły po kolacji. Po deserze serwowano kawę lub herbatę, często przenosząc się do salonu lub na werandę, gdzie rozmowy toczyły się do późnych godzin.

      Tematy dobierano ostrożnie. Chwalono się krajobrazem, opowiadano o minionych sezonach, wspominano zimowe życie w mieście. Dyskretne anegdoty o innych gościach „z ubiegłych lat” bywały atrakcją wieczoru – nigdy z nazwiskiem, zawsze z lekkim uśmiechem i zawieszeniem głosu.

      Niejedno wspólne siedzenie przy stole kończyło się zawiązaniem drobnych sojuszy: rodzice umawiali się na wspólne spacery, panowie na poranną gimnastykę na plaży, panie – na „herbatkę na molo” następnego dnia. Pensjonat, choć tymczasowy, potrafił stworzyć poczucie małej, letniej wspólnoty.

      Etykieta rozmowy: co wypadało, a co uchodziło za nietakt

      Oprócz unikania ostrych sporów, pilnowano, by rozmowa była inkluzyjna i nienatarczywa. Przy długich stołach starano się nie tworzyć zamkniętych grupek, ignorujących sąsiadów z drugiego końca ławy. Gospodyni lub jej córka siadały zwykle w takim miejscu, by „spinać” towarzystwo – zagadnąć nowych, podsunąć temat, obrócić niezręczną pauzę w żart.

      Za poważny nietakt uchodziło:

      • wypytywanie o zarobki, majątek, wysokość czynszu czy cenę pobytu w pensjonacie;
      • komentowanie jakości potraw wprost przy stole, zwłaszcza w obecności personelu;
      • zbyt swobodne żarty z akcentu lub pochodzenia innych gości.

      Niektórzy bywalcy jesiennych i zimowych salonów miejskich traktowali pobyt nad morzem trochę jak „salon w wersji odświeżonej” – z tym, że bardziej wybaczano drobne lapsusy, zwłaszcza osobom młodym lub przyjezdnym z głębi kraju, pierwszy raz widzącym morze.

      Wieczory w pensjonacie: muzyka, gry i małe romanse

      Życie salonu: fortepian, śpiew i głośne radio

      Po zmierzchu najważniejszym miejscem stawał się salon pensjonatowy. Jeśli w domu stał fortepian lub pianino, szybko okazywało się, że co najmniej dwoje gości „kiedyś trochę grywało”. Gospodyni delikatnie zachęcała, podsuwając nuty popularnych walców czy pieśni patriotycznych. Wieczorne muzykowanie było czymś pomiędzy koncertem a wspólną zabawą – klaskano, proszono o bis, czasem nie do końca równo śpiewano refreny.

      W latach trzydziestych pojawiły się w niektórych pensjonatach odbiorniki radiowe. Gromadzono się wokół nich jak wokół kominka. Słuchano serwisów informacyjnych, koncertów z Warszawy czy Berlina, audycji kabaretowych. Dla części starszych gości radio bywało nieco zbyt hałaśliwe; proszono, by ściszyć „te krzyczące głosy” po godzinie dwudziestej drugiej.

      Gry towarzyskie i zabawy dla dzieci

      Rozrywką, która łączyła pokolenia, były gry planszowe i karciane. W salonach pojawiały się szachy, warcaby, domino, a także proste gry słowne i towarzyskie. Karty wymagały już większej dyskrecji – zbyt żywy karciany hazard nie pasował do wizerunku porządnego pensjonatu rodzinnego, więc najczęściej grano w „niewinne” remibrydże czy makao.

      Dla dzieci organizowano wspólne zabawy: kalambury, zagadki, drobne przedstawienia. Starsze dziewczynki przygotowywały inscenizacje bajek, chłopcy budowali z krzeseł „okręty” i odgrywali bitwy morskie. Czasem ktoś z personelu – kucharka lub ogrodnik – był nieformalnym ulubieńcem najmłodszych, opowiadając im historie o sztormach, rozbitkach czy „dawnych panach, co jechali nad morze dorożką”.

      Lekkie romanse i letnie znajomości

      Lato w pensjonacie sprzyjało niezobowiązującym sympatiom. Codzienna bliskość, wspólne posiłki, te same ścieżki spacerów – wszystko to sprzyjało rodzeniu się flirtów, którym bacznie przyglądali się dorośli. Młode panny, jeśli przyjeżdżały w towarzystwie matek lub ciotek, miały ściśle określone granice swobody: samotny spacer z panem wieczorem po plaży uchodził już za wysoce ryzykowny dla reputacji.

      Dlatego popularne były „spacery grupowe”. Dwie, trzy młode pary, pod czujnym okiem ciotek lub wujów, wyruszały na promenadę. Rozmowy toczyły się w półsłówkach, dyskretny uśmiech znaczył czasem więcej niż wielkie wyznania. Po sezonie pozostawały kartki pocztowe, wysyłane przez kilka miesięcy, a potem – w większości przypadków – milczenie.

      Spacerem po kurorcie: molo, orkiestra i pocztówki

      Codzienny rytuał promenady

      Życie pensjonatu nie kończyło się na jego murach. Goście traktowali promenadę i molo jak naturalne przedłużenie „salonu na świeżym powietrzu”. Po południu, kiedy słońce nieco przygasało, molo wypełniało się powolnym ruchem – panowie w kapeluszach, panie z parasolkami przeciwsłonecznymi, dzieci prowadzone za rękę.

      Spacer miał swoją hierarchię: bliżej wejścia przechadzali się starsi i mniej sprawni, dalej – młodsi i bardziej wysportowani. Zatrzymywano się przy barierce, spoglądano na fale, wymieniano uprzejme skinienia głową z tymi samymi twarzami, które widziało się codziennie w jadalni. Dla wielu młodych panien przejście po molo było małym pokazem – nowa suknia, kapelusz z modnym kwiatem, lekki szal.

      Orkiestra zdrojowa i dancingi

      W większych kurortach funkcjonowały orkiestry zdrojowe, grające na skwerach, przy pijalniach lub w specjalnych muszlach koncertowych. Goście pensjonatów ustawiali swoje krzesła w półkolu, słuchali walców, polonezów, a z czasem także modnych tang i foxtrotów. Muzyka stawała się tłem do cichych rozmów, przeglądania gazet, plotek o „tych z tamtego hotelu”.

      Niektóre pensjonaty organizowały własne małe dancingi. Przesuwano stoły w salonie, rozkładano gramofon lub proszono miejscowego muzyka. Tańczyło się w ograniczonym zestawie figur, ostrożnie, by nie przekroczyć granic przyzwoitości. Panowie zapraszali panie ukłonem; odmowa musiała być ujęta w delikatne słowa, tłumaczona zmęczeniem lub bólem głowy, nigdy jawną niechęcią.

      Pocztówki, fotografie i pamiątki z morza

      Nadmorskie pobyty dokumentowano skrupulatnie. W kioskach przy promenadzie sprzedawano pocztówki z widokami mola, plaży, latarni, często kolorowane ręcznie. Goście pisali na odwrocie krótkie, zwięzłe pozdrowienia: „Morze piękne, pogoda łaskawa, jadło obfite”. Kartki trafiały do rodzin, przyjaciół, lekarzy, którzy „nakazali wyjazd dla zdrowia”.

      Fotograf, jeśli odwiedzał pensjonat, rozstawiał ciężki aparat w ogrodzie lub przy fasadzie budynku. Gospodyni ustawiała gości w równych rzędach: dzieci z przodu, starsze panie na krzesłach, panów z tyłu. Te grupowe fotografie przechowywano potem latami w albumach, z dopiskami ołówkiem: „Sezon letni, 1926, Jantar” albo „Pensjonat „Wanda”, pobyt udany”.

      Zardzewiały wrak statku na piaszczystej plaży przy bezchmurnym niebie
      Źródło: Pexels | Autor: Aneta Hartmannová

      Dzieci w pensjonacie: między swobodą a kontrolą

      Poranne obowiązki i popołudniowe swobody

      Dzieci, choć były uprzywilejowanymi odbiorcami „morskiego powietrza”, nie korzystały z całkowitej dowolności. Rano czekały je określone rytuały: mycie w zimnej wodzie, porządkowanie kufra lub komody, szybkie śniadanie, czasem krótka gimnastyka zalecona przez lekarza. Matki pilnowały, by najmłodsi nie biegali boso po korytarzach i nie hałasowali przed godziną ósmą.

      Dopiero po śniadaniu nadchodził czas na to, co dzieci wspominały najlepiej: budowanie zamków na plaży, puszczanie papierowych łódek w kałużach po deszczu, poszukiwanie „skarbów” wyrzuconych przez morze. Kamyki, muszle, wygładzone szkło z butelek trafiały do pudełek po cukierkach i były z dumą pokazywane w salonie podczas deszczowych popołudni.

      Zakazy i nakazy: pilnowanie bezpieczeństwa

      Choć nadmorskie pensjonaty kojarzyły się z beztroską, rodzice i personel żyli w cieniu obaw o bezpieczeństwo. Dzieciom powtarzano do znudzenia:

      • nie wchodzić do wody bez osoby dorosłej lub kąpielowego;
      • nie wspinać się na mokre kamienie przy falochronie;
      • nie oddalać się od pensjonatu bez poinformowania dorosłych.

      W regulaminach kąpielisk i na tabliczkach przy zejściach na plażę pojawiały się napisy przestrzegające przed „gwałtownymi prądami” i „nagłymi zagłębieniami dna”. Każde potknięcie czy drobne zadrapanie było poważnie traktowane – w końcu pobyt „dla zdrowia” nie mógł zamienić się w serię urazów.

      Domowe lekcje i „pożyteczne zajęcia”

      Rodzice, szczególnie z mieszczaństwa i inteligencji, bali się, że dzieci „zgnuśnieją” przez długie tygodnie bez szkoły. Dlatego w wielu pensjonatach wprowadzano domowe lekcje: godzina rachunków lub czytania przed obiadem, pisanie krótkich wypracowań o morzu, rysowanie obserwowanych statków.

      Starsze panny ćwiczyły jazdę na rowerze po bocznych uliczkach, młodzi chłopcy uczyli się pływać „prawdziwie, a nie tylko chlapiąc się przy brzegu”. Pensjonat stawał się na chwilę małą szkołą życia, z nauczycielami w osobach rodziców, guwernantek i samej gospodyni, która lubiła pochwalić się, że „u niej dzieci wracają do domu nie tylko zdrowsze, ale i grzeczniejsze”.

      Personel i gospodarze: niewidoczni bohaterowie sezonu

      Relacje między gośćmi a służbą

      Choć służba i personel pojawiali się w jadalni i na korytarzach, granica między nimi a gośćmi była wyraźna. Zwracano się do pokojówek po imieniu, ale w formie zdrobniałej lub z dodatkiem „pani” tylko wówczas, gdy miały wyraźnie wyższą pozycję (np. przełożona służby). W zamian oczekiwano dyskrecji, uprzejmości i gotowości do drobnych przysług.

      Niektóre gospodynie zaznaczały w regulaminach, że „należy unikać nadużywania usług personelu”, prosząc o zgłaszanie specjalnych próśb bezpośrednio do niej. Zdarzało się jednak, że zamożniejsi goście przynosili własne przyzwyczajenia – oczekiwali prasowania bielizny codziennie, mycia butów dwa razy dziennie czy noszenia bagażu na plażę. Konflikty łagodzono, proponując „drobną dopłatę” za ponadstandardową opiekę.

      Gospodyni jako dyrektorka, matka i dyplomatka

      Centralną postacią pensjonatu pozostawała gospodyni domu. To ona decydowała, kogo przyjąć, a komu grzecznie odmówić z powodu „braku wolnych miejsc”. Prowadziła księgi opłat, doglądała kuchni, rozwiązywała spory o leżaki w ogrodzie, wreszcie dbała o reputację pensjonatu w okolicy.

      Jej dzień zaczynał się przed świtem, od przeglądu listy zakupów i krótkiej narady z kucharką. Później pojawiała się w jadalni podczas śniadania – nie tyle, by jeść, co obserwować. Zwracała uwagę, czy wszyscy siedzą na swoich miejscach, czy ktoś nie wygląda na chorego, czy nowe osoby zostały przedstawione. Dla wielu gości była uosobieniem domu – surowa, ale serdeczna, mówiąca z lekkim lokalnym akcentem lub przeciwnie, bardzo „miastowa”.

      Wieczorem, kiedy salon cichł, a personel kończył pracę, gospodyni siadała na chwilę przy biurku, podliczała rachunki, notowała zużycie produktów. W notatkach z jednego z zachowanych pensjonatów pojawia się lakoniczny zapis: „Dziś przybyło troje, wyjechały dwie panie, jedno dziecko z gorączką – skontaktować doktora. Pogoda dobra, ryba tania, goście zadowoleni.”

      Po sezonie: cisza, która zostaje po letnikach

      Ostatnie śniadanie i pożegnania

      Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

      Jakie było życie w nadmorskich pensjonatach 100 lat temu?

      Życie w nadmorskich pensjonatach sprzed wieku miało bardzo uporządkowany rytm. Dni wyznaczały stałe pory posiłków, poranne spacery i kąpiele morskie, a wieczorami życie towarzyskie przenosiło się do salonu, na werandy i tarasy. Pensjonat był jednocześnie miejscem leczenia, odpoczynku i zawierania nowych znajomości.

      Panowała atmosfera kameralnego „letniska”: ci sami goście spotykali się przez wiele tygodni, dlatego duże znaczenie miały dobre maniery i przestrzeganie zasad etykiety – od stroju na plaży po zachowanie przy stole.

      Kto najczęściej wypoczywał w nadmorskich pensjonatach na początku XX wieku?

      Sto lat temu nadmorskie pensjonaty były przede wszystkim domeną klasy średniej i wyższej. Bywali tam zamożni mieszczanie (lekarze, prawnicy, urzędnicy, właściciele firm), ziemianie, arystokracja oraz szeroko rozumiana inteligencja – nauczyciele, dziennikarze, pisarze.

      Częstymi gośćmi były też osoby kierowane „do wód” ze względów zdrowotnych, zwłaszcza kobiety i młodzież leczona na „nerwy” i schorzenia płuc. Ubożsi robotnicy czy chłopi rzadko mogli sobie pozwolić na dłuższy pobyt – co najwyżej na jednodniowy wypad nad pobliską wodę.

      Dlaczego 100 lat temu wybierano pensjonat nad morzem zamiast hotelu?

      Pensjonaty oferowały bardziej domową, rodzinną atmosferę niż duże hotele z orkiestrą i kasynem. Kusiły „domową kuchnią” opartą na lokalnych produktach, stałym gronem gości i spokojniejszym trybem życia, bez głośnych nocnych rozrywek.

      Ważnym atutem była możliwość długich, kilkutygodniowych pobytów, często z rabatami sezonowymi. Rodziny ceniły też większą tolerancję dla obecności dzieci oraz ogrody i werandy, gdzie najmłodsi mogli się bawić, co w luksusowych hotelach bywało problemem.

      Jak wyglądały budynki i pokoje w nadmorskich pensjonatach sprzed wieku?

      Typowy pensjonat nad morzem przypominał dużą willę – drewnianą w stylu „szwajcarskim” lub „nadmorskim”, albo murowaną z elementami secesji i neoklasycyzmu. Charakterystyczne były szerokie werandy, tarasy, duże okna wpuszczające „zdrowe powietrze morskie” oraz niewielkie ogrody lub dziedzińce z ławkami i altanami.

      Standard pokoi był bardzo zróżnicowany: od przestronnych apartamentów z widokiem na morze po skromne izby na poddaszu. Najczęściej znajdowały się w nich: łóżka z materacami sprężynowymi lub z końskiego włosia, szafa lub komoda, stolik z krzesłami oraz umywalka z dzbanem i miską. O luksusie decydowała prywatna łazienka, liczba okien, widok oraz dodatkowe meble, jak fotele czy kanapa.

      Jak wyglądała higiena, łazienki i toalety w dawnych pensjonatach nad morzem?

      Sto lat temu prywatna łazienka w pokoju była rzadkością. W większości pensjonatów funkcjonowały wspólne łazienki i toalety na korytarzu – często jedna łazienka z wanną lub prysznicem i jedna toaleta na całe piętro, czasem osobno dla kobiet i mężczyzn.

      Codzienna higiena opierała się na porannej toalecie przy umywalce w pokoju oraz kąpielach w wannie na zapisywaną godzinę. Goście korzystali z własnych przyborów toaletowych i liczyli się z tym, że wieczorami mogą tworzyć się kolejki. Regularna wymiana ręczników i pościeli była standardem głównie w lepszych pensjonatach.

      Jak wyglądał typowy dzień w nadmorskim pensjonacie 100 lat temu?

      Poranek poświęcano na zdrowie: gimnastykę, spacery po plaży, kąpiele morskie i „wody”, zgodnie z zaleceniami lekarzy. Śniadania, obiady i kolacje podawano o stałych godzinach, co wyznaczało rytm całego dnia i sprzyjało spotkaniom towarzyskim.

      W ciągu dnia goście spacerowali, czytali na werandzie, grali w karty lub wyjeżdżali na krótkie wycieczki po okolicy. Wieczory spędzano w salonie lub ogrodzie, rozmawiając, grając na pianinie, śpiewając lub organizując małe wieczorki towarzyskie. Całość podporządkowana była zasadom dobrego wychowania i cichej, lecz wyraźnej etykiecie kurortowej.

      Esencja tematu

      • Nadmorskie pensjonaty sprzed 100 lat łączyły funkcję miejsca wypoczynku, terapii zdrowotnej i życia towarzyskiego, a wyjazd „do wód” był postrzegany jako przejaw nowoczesnego, zdrowego stylu życia.
      • Kurorty nadmorskie miały charakter elitarny – korzystali z nich głównie zamożni mieszczanie, ziemianie, arystokracja i inteligencja, podczas gdy robotnicy i chłopi praktycznie nie pojawiali się w takich miejscach.
      • Pensjonat oferował kameralną, rodzinną atmosferę jako alternatywę dla wielkich hoteli z kasynem i orkiestrą, przyciągając gości „domową kuchnią”, stałym gronem bywalców i spokojniejszym trybem życia.
      • Dla rodzin z dziećmi pensjonaty były szczególnie atrakcyjne dzięki większej tolerancji dla najmłodszych oraz obecności ogrodów, werand i prostych urządzeń do zabawy, czego często brakowało w surowszych hotelach wyższej klasy.
      • Architektura pensjonatów nawiązywała do stylu „szwajcarskiego” i „nadmorskiego” lub miejskich willi secesyjnych, z charakterystycznymi werandami, tarasami, dużymi oknami i marynistycznymi detalami, a kluczowym atutem było położenie blisko morza i z dala od hałasu.
      • Standard pokoi był silnie zróżnicowany – od niemal luksusowych apartamentów z lepszym widokiem i dostępem do łazienki po skromne izby na poddaszu – przy czym o prestiżu decydowały głównie detale wyposażenia, światło i widok na morze.